Czechówka wczoraj i dziś

 

gdzie spojrzysz tam życie bujnością rozkwita

tu wzrasta zielenią tam złoci się kwiatem

krok dalej potrząsa czupryną listowia

to wierzba złotawa wyrosła z rozmachem

 

 

kobierzec rozwija mozaika łąkowa

przysiadłe osiny kępami mamroczą

skręcona zygzakiem migocze Czechówka

mizerna wstążeczka lecz szumi ochoczo

 

 

wędruję brzegami tak lelum polelum

gdy słońce zapada purpurą w zachodzie

bywałem tu wczoraj lat kilka najwyżej

jak dobrze policzę pół wieku czas złodziej

 

 

mocarna przeszłością rozlewem szerokim

potrójne dopływy i źródła kryniczne

bogactwem połowów rakowych i rybich

karmiła pół miasta a stawów nie zliczę

 

 

tu wspomnę Królewski Czechowski Ku Żydom

pyszniły majestat wodami rozlany

Grodzianka z Kowalskiej w odnogę wpadała

Zamczysko okręgiem spowite wodami

 

 

nie wspomnę że dzisiaj swą rangą zmalała

rynsztokiem kanałem uparcie wciąż straszy

szukałem na próżno choć żaby kumaka

przepadły na zawsze świetlane jej czasy

Alladyn     

 


Spadające z nieba ryby

 

Coś takiego przydarzyło mi się po raz pierwszy w życiu. Byłem na wycieczce objazdowej  w Grecji. Wśród wielu atrakcji tamtych stron, zwiedzaliśmy Saloniki. Około godziny 11-ej przed południem przewodniczka zarządziła czas wolny. Udaliśmy się do portu i tam, z  nabrzeża, podziwialiśmy uroki zatoki - podjadając  drugie śniadanko. Większość grupy siedziała na betonowych stopniach mocząc nogi w ciepłej wodzie. Sielanka trwała, gdy nagle niesamowite bomby zaczęły spadać na nasze głowy. Przy tym okropny szum i trzepot czegoś białego na całym nabrzeżu.

Nie wiedziałem co się dzieje, strach mnie ogarnął - chyba koniec świata. Czułem ból głowy, ramiona stawały się obolałe, a ogromny hałas otaczał mnie zewsząd; kobiety przeraźliwie piszczały, mężczyźni przeklinali. Nie wiem jakim sposobem, w tym wielkim zamieszaniu - zdołałem  wydobyć z plecaka aparat fotograficzny. Pośpiesznie trzęsącymi rękami zrobiłem kilka zdjęć. Zacząłem wreszcie oceniać sytuację. Na nabrzeżu portu leżały tysiące ryb, tak na oko po pół kilograma każda - a nad nimi chyba ze 200 mew, które po prostu zbierały te ryby i odlatywały w stronę morza. Nigdy nie widziałem takiej ilości ryb miotających się na betonie. Białe brzuchy tworzyły powłokę, jakby spadł wielki grad i pokrył białością sporą część portu.

Poza tym ten ogromny szum, krzyk mew, który towarzyszył temu  zjawisku. Nie potrafię określić ilości ryb, które wyskoczyły całą ławicą na nabrzeże. Było ich cała masa, tak to mogę określić. Ludzie natychmiast zaczęli zbierać ryby wrzucać do morza. Trwało to kilkanaście minut, a mewy wciąż nurkowały, wyrywając nawet z rąk żywe miotające się ryby.

Akcja ratowania ryb zakończyła się, mewy jeszcze długo  z piskiem krążyły ponad głowami wyszukując bystrym wzrokiem ryb...

Grecy, łamaną angielszczyzną, tłumaczyli - nic się nie stało. To tak mewy w dużej grupie polują na ryby. Wypatrują ławicę w morzu, tworzą ogromna chmurę około stu lub więcej ptaków, zniżają lot tuż nad wodą uderzając końcami skrzydeł o wodę i pędzą stado ryb do zatoki. Port w Salonikach właśnie jest położony w zatoce, stąd takie polowania są na porządku dziennym. Ryby w popłochu uciekają przed mewami, w pewnym momencie kończy się woda, więc wyskakują ponad wodę lądując na nabrzeżu portowym. Ptaki tylko na to czekają. Pokarm wystarczy pozbierać. Ot i wychodzi na to, że nic się nie stało. Chciałem umrzeć ze strachu, a wraz ze mną cała grupa Polaków...

Alladyn


     Pretensje do Unii Europejskiej

 

pretensje zanoszę w Unijne Zrzeszenie

dopłacasz budujesz  urządzasz na nowo

zielone lubelskie zachodnie rubieże

zaległy smołowej makiety żałobą

 

dolina Czechówki rozległa skansenem

żłobione wąwozy zielenią przygasłe

obwisłe gałązki wierzbowe złociste

pokryły betony asfalty przepastne

 

krzaczaste bzy czarne na łęgach tarniny

płomienne jarzębin wystawne korale

zanikły na zawsze pod zwałem nasypów

cichości nie znajdziesz odeszła w nieznane;


rzeczółka gdzie indziej nie w swoim korycie

schowana w przepusty żelbetem sklepiona

krajobraz monolit na czarnym asfalcie

białością wykresy grafika upiorna

 

bzykanie chrabąszcza furkoty motyli

ćwierkania świtaniem koncercik wieczorny

to dzisiaj grzechoty TIR-owych wandali

hałasem słuch tępią  jękliwe opony

 

usiadłem na wzgórku spojrzałem w dolinę

gdzie jesteś maleńka ojczyzno kochana

policzek spowiła wodnista kroplica

nadeszła godzina mojego skonania

 

nowego nie wstrzymam potrzebne i basta

wiadukty lotniska drogowe czarnoty

stubarwny krajobraz równinno lessowy

zamienia nam Unia w postępu molochy

Alladyn, czerwiec 2013

 

Miecz Damoklesa

 

w horyzontu skraje myśli biegną czasem

nikłe blaski ranka marzeń mgielna plama

echem ciągle wraca puka skromnie w szyby

pieśń pochwalna życia dziękczynnie składana

 

 

jaki miałby wymiar stos ofiarny bogom

skromny polny kamień skuty na kształt misy

czy raczej carrara białością spowita

trudny wybór miesza spekulant pomglisty

 

 

wciąż życie na kredyt każdy ranek ważny

nacieszyć się mogę słońca jędrnym blaskiem

wszystko kwitnie wokół zieleń  tryska sokiem

jak długo pozwolą mojej nazwie kraśnieć

 

wysoko na włosku błyska klinga ostrzem

czy ją wiatry będą mijać wielkim łukiem

może tak jak wierzba skrzypiąc ciągle rośnie

doczekam starości na trzy cyfry długiej

 

 

a jeśli los marny chichotem z zaświatów

pokaże paluchem zawezwie w salony

nie będę się wzdragał tunelem w nieznane

poczłapię jak szkapa skazaniec bezbronny

  

ale póki ciepło tli się w piersi mojej

póty będzie radość elizjum nie zliczę

chwytał będę zawsze w ręce każdy ranek

cenię piękno świata darem niebios - życie

 

Alladyn, czerwiec 2013

 

Kwiaty na Święto Taty

 

na święto taty życzenia kwiaty

oklaski  brawa z całego świata

drugi po mamie w rodzinnym łonie

pokłon szacunek dać mu wypada

 

 

 

 

 

 

 

 

 

23 czerwiec 2012

tato brzmi dumnie respekt szacunek

głowa rodziny poważna sprawa

przyłoić pasem czasami musiał

gdy mu synalek okoniem stawał

 

córce amory wypędzić z głowy

kiedy wiek młody i nauk branie

wychować godnie młodzież dla kraju

spełnić posługę z pełnym oddaniem

 

 przeminą lata przysłona kurzu

patyną skryje przeszłość korzeni

życie ogromem pochłonie pamięć

ojca pochyli starość do ziemi

  

dzień ojca przyjdzie szary bez fanfar

zwykła kolejna zerwana kartka

dwudziesty trzeci czerwiec przeminie

życzeń nie złożą wdzięczność  tak marna

                                                             Alladyn

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  W ciszy ogrodu

pod białą magnolią co właśnie rozkwitła

podałaś mi dłonie wysmukłe nieśmiało

oczy spłoszone gdzieś nagle pomknęły

policzki zakwitły czerwienią nabrzmiałą

 

 

choć cisza zaległa na chwilę w zieleni

szept serca dobiegał mizerny na siłach

chwila zapewne wiecznością się stała

bolesną udręką niepewność wkroczyła

 

czy wezmę te ręce przytulę do serca

milczącym całusem rozpalę pragnienia

bez słowa wyciągnę otwarte ramiona

wyjawię zamiary świat cały pozmieniam

 

a może odwrócę się nagle od ciebie

spłoszony jak łania na skraju polany

pobiegnę alejką do bramy ogrodu

spełnienia zostaną na zawsze za nami

 

rozsądek bezduszny rozumem kieruje

zaś sercem miotają bezkresne otchłanie

wybierać za późno uczucie na tronie

płyniemy gondolą miłości w nieznane

 

krzew róży kapłanem piwonie drużbami

zaplotą powoje na rękach nam stuły

pójdziemy w ołtarze pachnącym ogrodem

na zawsze złączeni na łonie natury 

Alladyn          

 

Kilka monet w futerale

 

lat młodości pełnych zdarzeń kolorowych             

dziś nikomu nie chcę oddać za nic w świecie

pierwsza miłość te porywy pełne wzlotów                  

dusza ciągle obsypana lotnym kwieciem

   

co się działo gdy za rękę wziąłem ciebie       

nieprzytomnie porażony twoim wdziękiem     

tęcza w oczach kiedy mnie już całowałaś     

owinięty w twoje włosy zwiewne miękkie  

 

teraz przyszły szybkim krokiem lata pustki

wstecz oglądać się za siebie nie ma po co

patrzeć w przyszłość to perspektyw złudna droga

wspomnień perły ciągle za mną cieniem kroczą

 

dziś w kawiarni artystycznej nucę pieśni

w melancholii topię wszystkie moje tabu

dla mnie skończył stróż archanioł swoją pracę

choć go wzywam macha skrzydłem biały staruch

więc wyciągam kilka monet  z futerału

tak pod wieczór kiedy cichnie gwar ulicy

zwiędłe struny wiszą zbite kciuka biciem

a gitara nie chce śpiewać tylko krzyczy

 

tak mi przyszło w jesień życia iść samemu

choć z  gitarą trzymam się nadziei steru

ona dla mnie matką żoną gwarem domu

całus biedy znamy dobrze od lat wielu

 

                                          Alladyn,  2010-10-06

 

Kolorów spektakle

 

 

majowe spektakle kwiatowej parady

kroczyły tak dumnie po łąkach i sadach

zmieniając kolory z białości i żółci

na bardziej odważne od różu po czerwień

 

 

 

 

 

 

czerwcowe popisy upiększeń natury

poniekąd odmienne w odcieniu nasyceń

wypasłe fiolety to bzów kiście rosłe

przewagą bogacą nad resztą wybarwień

 

 

 

wiosenne rozkwity odchodzą w niepamięć

a lato przejmuje już władzę nad światem

przyroda nowinek szykuje tysiące

w bajecznych kolorach kwiatowych piękności

 

 

w zielonych kobiercach zapłoną węgliki

makowych panienek wyrosłych dzikością

błękitem wyróżnią się chabrów podboje

w złocistych pszenicach lub żytnich zagonach

 

 

złotawe barwienie nam lipiec przyniesie

gdy łanów zastępy dojrzeją do zbiorów

posypie się ziarno w słonecznej poświacie

bogactwem wypełni spichlerze pustawe

 

 

 

i wreszcie pastele zawładną jesienią

odmiany rudawe od brązów po rdzawe

tęczowe wulkany zamilkną pod bielą

zagaśnie stubarwna paleta kolorów

 

Alladyn       

 

 

 

 

Czy kiedyś usłyszę...

 

czy kiedyś usłyszę pod wiejską kapliczką

chóralne śpiewanie po słońca zachodzie

Maryi Panience w modlitwie majowej

wszelakie podzięki i prośby pobożne

 

młodzieży sejmiki przy świetle księżyca

gdzie Boskiej Maryi figurki rzeźbione

nad rzeczką siadały obłoki mgieł białych

wsłuchane w cudowne anielskie wołanie

 

,,Po górach dolinach’’ najczęściej słyszane

,,Hymn Ave Maryja’’ powracał refrenem

dziewczęta cudownym sopranem dzwoniły

pobożnej majówki podnosząc znaczenie

 

 

 

 

 

 

od wioski do wioski wędrując odgłosem

zderzały się pieśni  w popieli księżyca

rezonans wibrował w dalekiej kotlinie

bezgłosem zanikał w pszenicach i żytach

 

dopowiem z pewnością pośpiewać wartało

chociażby dla zdrowia i panien poznanie

obecnie nie słychać  przepadły a szkoda

wiejskiego folkloru pradawne zwyczaje    

 

                                            Alladyn       

 

 

Daleko stąd

 

pytam gdzie czeka na mnie wyśniony

dom w którym znajdę ciszy samotnię

chciałbym daleko na końcu świata

gdzie wyspa mała z laguną ciepłą

 

z dala od zgiełku pogoni szczurów

miejskiego huku kadmu ołowiu

banków marketów hiszpańskich glazur

klatek z betonu dla żywych ludzi

 

losu wyrocznie błagam w skrytości

aby fantazje stały się ciałem

zabrać mnie w jednej koszuli boso

do mego lokum w zieleń tropików

szałas pokryty liściem palmowym

bez drogich mebli luster łazienek

zamiast parkietu złocisty piasek

ściany z bambusa zlepione gliną

 

kawałek liścia zbędne talerze

rano wieczorem  posiłki jarskie

wyprawy piesze do krańców wyspy

słońce pobudką nakazem spania

 

no może jeszcze dorzucę skromnie

do moich marzeń utopią zwanych

gdyby tam była w karnacji brązu

młoda Hawajka albo Indianka

Alladyn  

 

Sierpień zrywam

 

 

 

z kalendarza sierpień zrywam

jeszcze ogród astrem płonie

chłód poranny w okno stuka

wrzesień czai się za progiem

 

 

słońce kłania mi się niżej

krzyki lata w  tonach słabych

dzień za krótką kołdrę wdziewa

jesień ciągnie rydwan rdzawy

 

 

 

 

 

 

 

jeszcze ziemia ciepłem płonie

jakby wkrótce zgasnąć miała

na ściernisku przysiadł czeka

sejm bociani w białych stadach

 

 

tak mi przykro żegnać chwile

złotych muśnięć dnia długiego

zamków z  piasku morskiej plaży

tu się kłaniam wszystkim Ewom

 

 

zimno plucha ciężkie chmury

lato z wolna żagle zwija

czas nie czeka robi swoje

coś się kończy coś zaczyna

Alladyn  

 


 

 

 

Już jesień

 

 

 

 

 

 

pod nogami morza zardzewiały szelest

wiatr zamiata w parku brązów złote plony

zrzuca kasztan twarde kolczaste opuncje

polami brodate pajęczyn ogromy

 

 

 

 

 

 

 

rankiem mleczny dywan rozlewa łąkami

lasem rządzą złote pasteli zastępy

słońce krótko gości ostrym kątem zerka

suchych ostów straszą kłujące kukiełki

 

 

 

nad głowami ciągną odlotów strumyki

w południową stronę skierowanym grotem

nostalgia się wkrada w barwną tęczę życia

smutne myśli płyną niechcianym potokiem

 

 

 

nieco zwalnia tempa przyroda wspaniała

aby całkiem zasnąć w zimowej poświacie

owoce wydane spełnione zadania

więc pora już odejść bez fanfar odznaczeń

 

 

 

w naszym życiu jesień nadejdzie niebawem

naga przykra prawda uwiera i  gniecie

tylko jeden kolor podkradnę naturze

na skroniach i głowie srebro zwiążę kwieciem

 

Alladyn